Allegro - najwi骳ze aukcje internetowe, najni¿sze ceny! Kup i sprzedaj!









Aktualny program TV


...


Internet Estate

Kajsa Ingemarsson "Żółte cytrynki"

Słowo/Obraz Terytoria 2009

Literatura szwedzka w sosie popularnym


Są dwa pomysły na literaturę proponowaną przez Kajsę Ingemarsson. Oba powinno się realizować jednocześnie, aby w pewnej mierze zadowolić czytelnika. Pierwszy dotyczy kwestii chyba podstawowej dla zrozumienia pisarstwa w wydaniu popularnym, w tym wypadku „pisarstwa kobiecego” nastawionego na opowiedzenie historii borykającej się z życiem dorosłej kobiety, której nie brakuje oczywiście niczego poza dorodnym i współczującym zarazem samcem. Chodzi więc o takie opracowanie schematu narracyjnego, który sprawdzi się na mniej więcej stu pięćdziesięciu-dwustu stronach książki, nie powodując u czytelnika czasowej narkolepsji. Drugi pomysł na książkę dotyczyć już powinien zabawy samym schematem, czyli po prostu świadomości działania konwencji stanowiącej motor tego typu literatury.

Kajsa Ingemarsson ulokowała się po drugiej stronie barykady, za którą wciąż postępuje konsumpcja umierającej co chwila komedii romantycznej, zbanalizowanej do tego stopnia przez Hollywood, że czytelnik w gruncie rzeczy pewnie się nawet nie zastanawia nad ewentualną słusznością przeniesienia terminologii gatunkowej z celofanu na celulozę. Na szczęście szwedzka pisarka podjęła próbę odgrodzenia się od Helen Fielding, Katarzyny Grocholi i im podobnych. W rezultacie, dostajemy do ręki powieść przywołującą fakt literacki sprzed kilku lat – premierę „Powieści dla kobiet” Michala Viewegha, pisarza czeskiego popularniejszego dziś, niż Milan Kundera i Bohumil Hrabal, który zdaniem wielu, dał powieści popularnej skierowanej do kobiet nowe życie. Podobnie Ingemarsson zdaje się być świadoma schematyczności posuniętej w tym typie opowieści do granic absurdu i buduje fabułę możliwie przystającą do rzeczywistości. Tworzy historię zagłębioną w konwencji, ale mającą swój wewnętrzny głos.

Ponieważ książki tego typu – opowiadające konkretne historie, które w większości przypadków powinny się kończyć na wielokropkach po uwagach wydawcy z rodzaju: przekonajcie się o tym sami…, w myśl zasady S. J. Leca: Był odważnym pisarzem. Postawił kropkę przed pierwszym zdaniem – niosą ze sobą ogromny ładunek „treści poznawczych”, skupianie się na ciągach przyczynowo-skutkowych stanowiących całe ich mięso byłoby błędem recenzenta i policzkiem dla czytelnika, czerpiącego pełną radość z osiągnięcia najważniejszego dla niego celu – wchłonięcia sportretowanego świata i historii bohaterki, obu przedstawionych z żelazną konsekwencją szczegółu.

Ponieważ więc w recenzji nie będzie słowa o bohaterce (ostatnia strona okładki zdradzi informacje o pracy w restauracji), pozostaje stwierdzić jeszcze raz: czytelnikom Michala Viewegha powinny się spodobać także „Żółte cytrynki” Kajsy Ingemarsson. Nie widzę powodu, dla którego pisarka – będąc gwiazdą w Szwecji – nie miałaby się nią stać również na południowych brzegach Bałtyku.

Adam Sobolewski




« Powrót

Home