 Syberyjskie sny. Antologia
timof i cisi wspólnicy 2007 Scenariusz i rysunki: Konstanty Komardin Na wschód od Edenu
Rosja to taki kraj, w którym nie jada się polskiej kiełbasy i pisze dziwacznym alfabetem (nie wiedzieć
czemu nazywanym przez rzesze Polaków cyrylicą). W Rosji panuje niesympatyczny (dla nas) prezydent, oligarchowie i „ruska mafia”. Rosjanom nigdy nie zapomnimy rozbiorów, poprzedniego ustroju i Pałacu Kultury. Nie pałamy wielką miłością do tego narodu – zresztą chyba z wzajemnością – i trochę się go boimy. „Syberyjskie sny” Konstantyna Komardina raczej nie pomogą obalić podobnych stereotypów ani zakopać wojennego toporka, zwłaszcza że jest to komiks diabelnie dobry a autora możemy Rosjanom zazdrościć.
Jak się okazuje, mimo trudnych warunków wydawniczych dla twórców komiksu, w Moskwie czy Jekaterynburgu można tworzyć – i tworzy się obrazkowe historie na wysokim poziomie... Prace
zamieszczone
w antologii „Syberyjskie sny” taki właśnie poziom prezentują i dziwić się można tylko, że nie podbiły
one jeszcze księgarskich półek Francji, Belgii czy Ameryki. Powód jest chyba dość prosty –
rynki zachodniej Europy i Stanów Zjednoczonych – czyli zagłębi komiksowych – są wystarczająco nasycone rodzimą produkcją by ograniczyć import konkurencyjnych tytułów. Jak to mówią, nie nosi się drewna
do lasu. Zwłaszcza gdy w drzewostanie ładnych okazów nie brakuje.
Na szczęście polski wydawca zainteresował się propozycją jednego z najlepszych rosyjskich komiksiarzy i zaserwował nam próbkę jego talentu. Było warto,
gdyż w zbiorku podziwiać możemy prace, których nie powstydziłby się ani Bisley , ani Moebius, ani Manara. Komardin
porusza się biegle po często odległych tematycznie i estetycznie sferach. Obok bowiem znakomitego komiksu akcji („Zabijanie... proste zadanie”) znajdujemy tu świetną, alegoryczną (?) humoreskę („Plan ocalenia”), obok dołującego
love story („Cztery trupy”) wdzięczną historyjkę erotyczną („Legenda o Minotaurze”), a obok niezobowiązującego dowcipu („Maks Cooler”) futurystyczną wizję damsko-męskich relacji („Mechanika uczuć”). Wszystko opowiedziane i narysowane w sposób niepozostawiający wątpliwości, że Komardin to twórca wszechstronny, w niczym nie ustępujący
swym zachodnim kolegom po fachu.
Trzymam więc kciuki za artystyczne sukcesy Rosjanina, zarówno w jego ojczyźnie jak i poza jej granicami. Mając świadomość przykrego faktu, że wydawnicze piekiełko największego kraju świata nie ułatwia mu rozwinięcia skrzydeł.
|